About
Accounts
Friends
-
Loading…thiagoiglesias about 1 year ago -
Loading…PanOdMuzyki 2 months ago -
Loading…sb77 23 days ago -
Loading…raissa 1 day ago -
Loading…panznieba 7 days ago
Click here to check if anything new just came in.
January 28 2012
January 04 2012
Najpierw są lata świetlne
Co twarz dzielą od twarzy
Ona nienawidzi swoich myśli
On nienawidzi jej całej
dawno już ten
sen
się śni
o
wodospadach
o
trawie
o
wacie cukrowej
śpi
ona
naprawdę
napoważnie
naszczęśliwie
śpiśni
śniśpi
przebudza
się
przewraca
się
przytula
się
poduszka
odwzajemnia (się)
przez
dzień cały
karku
bólem
November 15 2011
Kolekcjonuję marzenia. O innym miejscu. Czasie. Chciałam widzieć więcej i odczuwać głębiej. To dlatego, że ciągle spotykam rozczarowane twarze ludzi i ich miarowo tykające zegarki.
W nozdrza wciska się zapach zmarzniętych kamienic. Droga na
skróty, na przełaj, z błotem na podeszwach i liściem przyklejonym do nogawki
wąskich spodni. Z jesienią jest Ci całkiem do twarzy, kiedy wiatr rozwiewa brąz Twoich włosów i rozchyla poły dopasowanego płaszcza. Świat drwi sobie z nas, z
naszej cichej naiwności, kiedy myśli płyną niebezpiecznie. O tym, że można
karmić się miłością, jak karmi się smutne, wychudzone łabędzie o tej porze
roku, niedoszłej niby-zimie, ubierającej się w bezlitośnie piękne ostrza lodu.
Czasem śmiejesz się głośno, jakby próbując rozgonić strach i pokonać samotność
– od śmiechu Twojego wykrzywiają się chodniki
i niebo spada nam pod nogi. Ja czasem trzeźwieję i pytam, co z jutrem,
kiedy dziś takie niepewne, takie drżące. Później opowiadam Ci wolno, naokoło,
rysując linie w powietrzu - o spotkanych dziś ludziach, o krawatach do podłogi,
wypluwanych automatycznie frazach, i strużkach potu na zmarszczonych czołach.
Że nie da się żyć ćwiercią życia, ani połową nawet, szepczę ze smutkiem. Cicha
moja tęsknota, głęboko zazwyczaj ukryta, wylewa się potokiem z ledwo otwartych, wąskich warg. Boję się, że apatyczna ich bladość nie ma nic wspólnego z Twoim o
nich wyobrażeniem, wykreowanym zanim jeszcze się na dobre sobie przyjrzeliśmy,
zanim wyostrzyliśmy sobie obraz siebie. Zamykam więc nam oczy. Przychodzę, wychodzę. Przystaję na
moment, otwieram je
się zatrzymuję przy marznącej w skąpej bieliźnie, fałszywej kobiecości
billboardów, i przypominam, jak mi do tego daleko, jak nie po drodze. Jak
dojść do domu. Jak dość mam. Jak cicho. Jak ciemno. Jak sen
Nie zapominam o marzeniach. Nie usypiam swoich niepokojów. Jutro nie będzie ani proste, ani przyjemne. Piękne. Zrozumiałbyś. Złapałbyś mnie za rękę. Pozwolił latać. Poleciał.
October 24 2011
Dzisiaj przychodzi boleśnie
Z trzaskiem otwieranych powiek
Kontakt ze światem zaczynam
Od myśli o kawie i cynamonie
To takie smutne po tym lataniu
Co we śnie i przez noc całą
Moje ciało jeszcze niewinnie ciepłe
Wygniecione miękko od pościeli
Przekraczam magiczną granicę łóżka
Ku światu się wychylam zimnemu
W półmroku kuchni się przytulam
Do kaloryfera i kubka okrągłej kawy
Jeszcze chwilę być sobą i w sobie
Świat przecież poczeka i ludzie na ulicy
Jakoś nadspodziewanie sztywni i obcy
A miało nie tak być – miała być miłość
Do nich i ciepło od środka co rozgrzewa
Ale nie dziś w półmroku poranka - jutro
Z zapachem pieczonych jabłek
W zgięciu koszulki i gołe łydki
Będą tańczyć lekko szczęśliwie
Uzbroję się w uśmiech cierpliwie
Świadomie aktywnie sobą całą
Dla ludzi będę od jutra bo dziś
Niepewne drżące w ciszy wyczekujące
Na granicy między samotnością a egoizmem
Uczyć się będę cieszyć z małych rzeczy
A oni to oklaskiwać będą i kiwać głowami
Zapominając ile drżących męczących nocy
ile nieubłagalnie uciekających minut
Pozwalam sobie na bolesny krok w tył by
Jutro opowiedzieć Ci prawdziwszą historię
Spojrzeniem dojrzalszą pełniejszą mnie
Odnajdziesz w przerwie na reklamy
Między głośnym śmiechem a cichą rozmową
Dam Ci siebie czystą niewinną na wyłączność
nie zapomnij tylko – być
u progu zdejmij buty i maski
ubierz się jedynie w ciepłe dłonie
otwarte serce i oddechu ciszę
a wychodząc zapomnij zabrać
proszę
szczęśliwą swoją
duszę
September 21 2011
Wzruszam się. Czas jest wieczorny, czas więc na banały: los płata nam figle. Jak wtedy, kiedy stoisz, zaciskasz powieki i powtarzasz sobie w duchu – zapamiętaj tę wielką chwilę, ona oto cię zbuduje, wykształci, zmieni. Nic z tego. Nie pamiętasz tych poważnych, naiwnym wierzeń, marzeń, wydarzeń tych przełomowych, wzniosłych momentów, tego braku dystansu, strachu, nadziei. Bo oto los płata nam figle. Dziś wyostrza mi się obraz na widok krzywego chodnika przed dawną szkołą, na zapach jesieni i porannej mżawki we włosach – ich senny, nierealny kształt przemawia do mnie, wciska mi się pod powieki i w okolice gardła. Intensywność poruszających się obok, niezmienionych od lat, budynków, sprawia, że biegnę, lecę, śmieję się w głos. Płaczę. Ze szczęścia. Nad tajemnicą naszego Ja, którą odkrywa się powoli, kiedy głaszczę swojego starego psa, brzeg obdrapanej ławki, znaleziony w szafie, wyświechtany sweter. Co z jutrem, kiedy jeszcze nie rozumie się wczoraj. Kiedy się nie wie, czy się kochało, czy nienawidziło, jakie błędy się popełniało i kim się było. Czy to ja stoję w miejscu, czy to te ławki, czy to ja się zmieniłam, czy może to miejsce o mnie zapomniało.
Ledwo widzę swoje stopy i dłonie w dzisiejszej mgle, cudownej, ale kiedy wpatruję się w nierealną poświatę latarni i nieba i co rusz oglądam się za siebie – słyszę swoje kroki sprzed lat, widzę siebie, zgarbioną od zimna, ze słuchawkami w uszach i smutkiem w oczach. Mam ochotę pobiec w tę stronę, w tę swoją przeszłość, tę siebie za dłoń złapać, powiedzieć, że śmierć jeszcze nie nadchodzi, że będzie niezwykłe jutro, cenny czas, błyszczące oczy, ciepłe dłonie i nadzieja na cuda. Nie odwracam się jednak. Jak dobrze, że tego nie robię.
Czemu marzysz wciąż o rzeczach wielkich, o rzeczach ważnych, ważkich, niezwykłych, przełomowych. Małą jesteśmy częścią świata, ale nieskończenie wielką dla siebie samych. Czy nie wiesz, że życie budujesz na takich po stokroć małych, mało znaczących wydarzeniach, na pięknych, zwyczajnych momentach, na zapachu ciasta, rodzynek, dźwięku pralki Frani, sukience w kwiaty twojej mamy, spojrzeniu dziewczyny i intensywnym wrażeniu, że to ma sens, że to ma znaczenie, że żyjesz, że istniejesz, że to wiesz z pewnością.
I - może. Wypić filiżankę parującej kawy rano. Posłuchać ulubionej płyty. Założyć starą, ciepłą koszulę. Zanucić, zaśmiać się, zakrzyczeć. Zauważyć inną twarz. Czuć. Nie kalkulować. Przytulić się. Kochać.
July 24 2011
Woda jest już wszędzie. Paruje z chodników i mostów, spływa strużkami po szybach samochodów i kiwa się chwiejnie na źdźbłach traw. Przepływa ulicami wraz z powietrzem roznosząc zewsząd zapach tego miasta. O tej porze nie ma już nikogo. Jeszcze tylko samochody – śpiesznie, na północ, z obciążonym bagażnikiem i tylnym siedzeniem; z kapryśnymi dzieciakami i kilkoma walizkami spakowanymi na szybko. Jest za to mgła. Fizycznie namacalna przykleja włosy do twojej twarzy, a mnie zatrzymuje w pół kroku i tak stoję, prawie naga, całkiem niepewna. Wyglądam jednak jak oni, jak ten tłum jeszcze chwilę temu – jestem tylko cieniem we mgle, chwiejnym i poważnym, zupełnie bezradnym. Tu byłem, tu żyłem, tu oddychałem – krzyczą butelki po piwie, co dwa kroki, liczę uważnie, przeliczam na ludzi, ludzi szacuję, ludziom dopowiadam historię i nadaję imiona. Jutro może nas tu przecież już nie być - krzyczą cienie ich cieni. Krzyczą całkiem niemo, i wreszcie, myślisz z satysfakcją, te ich na wpół martwe dziury bez dna, te między zadartym nosem a rozlanym podbródkiem, choć na wpół otwarte, uparcie krzyczą bezgłośnie. I byłaby cisza zupełna, bo nawet wiatr zatrzymał się we mgle, gdyby nie dźwięk naszych gołych stóp, gdyby nie spóźnione echo tych wszystkich stóp naokoło, gdyby nie pękająca skóra pięt na chodnikach i skrzypienie piasku między palcami; nagle chcemy być lżejsi od powietrza, zostawiamy więc wszystko, co może nas sprowadzić na dno.
Wzrok rozbija się o latarnie i gubię drogę w tej mgle, aż zupełnie znikają wszystkie punkty oparcia, nie ma żadnej wskazówki, żadnych kształtów, żadnego nieba, za to woda, i szum, szumi w uszach, plączą się nogi, ręce, spojrzenia nam się łączą, i myśli płyną, z wodą, daleko przecież, oby najdalej. Dlaczego martwisz się o tych, co przeskoczą dzisiaj mur, co przekroczą tę linię twardego gruntu i rzucą się w ten brązowy wir, czyżbyś się martwił o kolejne jeszcze życie, czy też może jest ci żal, że to nie ty, że ty jesteś tylko tym siedzącym na latarni, z upokarzającą grawitacją, z rozchwianą głową i wielką pustką.
Nie prześpijmy tej nocy. Po przebudzeniu może okazać się, że już nie jesteśmy tacy sami, że przybyło nam czerni pod oczami, ale ze wstydem stwierdzimy, że nic się w nas nie zmieniło. Woda obmywa na nowo nasze ciała, jej smak zagnieżdża się w fałdach skóry, a my tylko coraz bardziej śmierdzimy potem miasta, które kochamy przecież, kochamy się w nim, i z nim; jego pot zalega w nas długo, aż zapominamy jak wygląda prawdziwy deszcz i jak pachnie czysta ziemia. Później pozostaje nam tylko z przerażeniem patrzeć, jak kawałek prawdziwego świata zalewa nasz - prawdziwie wypracowany. Wyciągniemy z kieszeni i rękawów kolejną butelkę i aparat, by móc kiedyś pochwalić się dzieciom, jacy byliśmy szaleni, jak nieustraszeni i odważni, zapomnimy im wtedy tylko dodać, że wolelibyśmy być szczurami, i uciekać. Uciekać tak szybko jak szczury.
2010, wrocławska powódź
July 21 2011
Na pewno.
July 02 2011
Życie jest krótkie, a ciebie, człowieku, ktoś zupełnie źle poskładał. No wiesz, jakbyś miał pory za szerokie, alby kiepskie szwy, które pękają przy każdym ruchu. No i teraz gnijesz. To znaczy; rozkładasz się. Rozkładanie się nie boli, i to jest najgorsze. Nie wiesz kiedy, a nagle cię nie ma. Ot, siedzisz, palisz sobie papierosa, sączysz lemoniadę z rurki, jesz grejpfruta, i nagle czujesz, że ci spory kawałek życia ucieka, uchem ci wylatuje, nogawką, o, nogawką, czasem wypływa okiem, częściej okiem. I szukasz natchnienia w chmurach, siły sprawczej, i to by było na tyle, już więcej jej nie szukasz, bo wiesz, że kiedy chmury milczą to i tak będziesz radził sobie sam. Więc postanawiasz radzić sobie sam, znaleźć powód w sobie, ale zupełnie ci ciężko zebrać myśli, poruszyć się z miejsca, klniesz wtedy i wystawiasz łeb za okno, wówczas i przy okazji zauważasz, że wciąż jest zima, a śnieg natychmiast zaczyna zalegać ci się na powiekach. Tych powiek długo nie otwierasz, dni, tygodnie, miesiące, bo oczodoły masz głęboko, więc śnieg wciąż zalega, czasem zmienia się w morze słonej wody. Z wylewającym ci się życiem z porów leżysz, i leżąc zdajesz sobie sprawę, że wciąż trwa wojna, albo że nigdy się na dobre nie skończyła, tylko że jest cicha i narasta bardzo wolno. Że huczy ci w głowie od bomb zrzucanych zewsząd, wprost nad twoją głową, zaraz przy skroni, aż szukasz śladu popiołu na opuszkach palców i zgięciu łokci, i ruchy twoje nerwowe się stają, i ciało ci krzyczy, jest uszu zatykanie, jest mrużenie oczu i sine zaciskanie warg.
Migrena, migrena, migrena.
Opowiadali ci kiedyś w podstawówce co to jest depresja, ale to było tak dawno, ale ty masz pamięć tylko krótkotrwałą, nie potrafiłbyś wskazać na mapie; gdzie się zaczyna, gdzie się kończy, jak wysoko należy unieść głowę, by zobaczyć niebo. I kiedy, kiedy nareszcie
Zasnę
May 26 2010
- Właściwie to
mogłabym ci opowiedzieć o czym marzę, kiedy przychodzi noc, kiedy jestem sama,
zupełnie sama, zupełnie samotna. A mówiłabym cicho i powoli, patrząc ci w oczy,
bez mrugnięcia, bez zająknięcia nawet; ale wcale by ci się nie spodobało, to,
co powiem.
Właściwie i tak byś nie uwierzył, że ciebie w tych marzeniach nie ma, są tylko
spalone domy i popiół na piętach.
Za dużo dni można spędzić przywierając całym sobą do szeleszczącej makulatury w twardej oprawie, o niewinnym formacie B5, jakoś nadspodziewanie obiecującym; tylko tutaj, oto, przedstawiam ci; piękne życie moje, twoje już, na wyłączność, na szybko, na gotowe, szkoda tylko, że czasem trzeba odstawić je na półkę, nadchodzi bowiem i przychodzi
Świt przypomina mi o stepach akermańskich i o czymś jeszcze, może o tym, że miałam zupę zagotować, tak, zupę, i brudneszyby odkurzyć, miałam wyrecytować wierszyk o tym, że należy być szczęśliwym, bo tak należy, kupię więc dziś jedną mechaniczną pomarańczę, tak na wszelki wypadek, gdyby miało się okazać, że najlepsza na oczyszczanie ran jest
Sól pamiętasz i wodę, sól i kropla, i kropli spływanie, nie udawaj, że nie wiesz jak to jest, jej twarz i ciało, sól i woda, i jeszcze kawałek słońca, twój własny, prywatny moment, by ją pokochać na zawsze, za tą jej słoność, niestrawność i za to jeszcze, że zaraz zniknie, jak fatamorgana, i zostaniesz tylko ty, z drzazgą w małym palcu i szumem
W głowie lista zakupów na obiad, trzy wiersze Szymborskiej, kilka żartów z kiepską puentą na wieczór, krótka prognoza pogody, wizyta u dentysty, numer telefonu do przyjaciela, siarczyste kurwamać, gdy kolejny przechodzień trąca cię łokciem, i jedno małe, ślepe marzenie: znaleźć niezawodny lek, chociaż na samotność
Nie ma lęku w nas, już nie, ile przecież można oglądać się za siebie, jak długo uciekać i dokąd tak biec; zaledwie wczoraj wykrzyczeliśmy całą nienawiść do świata, dziś nas przyjął z powrotem, jak dziecko utulił, i trzeba było mu zaufać, zaufać światu, znaleźć swoje w nim miejsce, pokochać kawałek trawnika i metalu, położyć się i zasnąć na łonie
Kobiety mają dar rodzenia. Mogłyby zrodzić cały świat i być bogiem, bóg mógłby być kobietą, gdyby była odrobinę mądrzejsza, szersza w barach i niezależna od wahań hormonów. Kobiety mają dar rodzenia i niszczenia, niszczenia zwłaszcza, zwłaszcza tego, co uda się uwieść, zdobyć, przymierzyć. Zapomnieć, o kobiecie, w kobiecie, że kobietą
Jestem, byłam, będę. Kroczę, biegnę, tańczę. Oddycham, wzdycham, wydycham. Oglądam się za siebie, nie noszę parasola, gubię rzeczy. Wolę grejpfruta od pomarańczy, wybieram czarną zamiast białej, pamiętam obrazy, nie słowa. Mówię cicho, mówię ważne, mówię do ciebie. Mam wiatr we włosach, piasek w oku, dym w płucach
żarzące się serce i popiół na piętach
March 20 2010
January 09 2010
December 04 2009
Zanucę ci teraz, jaka jestem szczęśliwa - na krańcu Nieba nabyłam kształtne
mandarynki. Polecam Ci to miejsce – rozdają tam Mleczne Drogi do żucia i Zachody
Słońca to przywieszenia nad sufit. Teraz więc powietrze wygląda mi mandarynkami
i mało już Tobą, nawet kiedy tak wtulę się w rękaw swojej istoty. Widziałam
dziś kwiaty zrodzone z rzęs i motyle w opuszkach palców; to dobry znak; wypadły
z Krainy Harmonii, gdzie nie trzeba szukać pierwszej przyczyny, bo owa wmalowała
się w przestrzeń. Wyglądam więc zmian w oddechach, jedna już zaszła - wczoraj
byłam całkiem zielona, dzisiaj jestem żółtozłota; tylko na kształcie ust trochę
się wczorajszej zieleni ostało, domyślasz się więc, że widać mnie pięknie i
zabawnie. Wznosząc się w Kosmos po wiatr w żaglach, widziałam chłopca w mocnej
czerwieni – świeżo zakochany, ludzie na jego zapach tańczyli kapeluszami i wirowali
w śpiewie.
Ciebie nie znam z taką czerwienią, dlaczego tylko z czernią jest Ci do uśmiechu?
Wyrecytowałam sobie nasze spotkanie, z początkiem i końcem jednocześnie:
nabyłam spinacze biurowe; ty i ja złączeni spinaczami biurowymi, ty z bukietem
spinaczy biurowych, ja naga ze spinaczami biurowymi na zgięciu łokci, my, ja,
spinacze, nabyłam, połknęłam (spełniają teraz rolę jelita cienkiego).
Ale gdyby się udało, to moglibyśmy
Zasadzić dom,
spłodzić drzewo,
wybudować syna,
i okrzyknąć go Marzeniem,
bo wiadomo, wszystkie Marzenia rodzą się w Wiośnie,
kochany, piękny Człowieku, najpierw jednak musisz zauważyć, że istnieję,
Twoja na zawsze,
Wieczna Wiosna
November 22 2009
November 20 2009
“— SzymborskaUmrzeć - tego nie robi się kotu.
”
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać się między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.
Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.
October 24 2009
Na początku
było nic. Chaos zrodził się dużo póżniej, w porozrzucanych wszędzie skarpetkach
i dywanie z jej włosów.
Ona jednak uznaje, że początek wszechrzeczy musi nosić niezwykłe miano. Pełne
patosu, mówi ona, i zaczyna tę opowieść od słów:
Na początku była Miłość. Potem świat już tylko dążył do uporządkowania. To nic
złego, że przestajemy kochać. Taka ludzka kolej rzeczy, że na dole piramidy są
potrzeby biologiczno-fizjologiczne; ot, jedzenie, wydalanie, kopulacja. I to
nieprawda, że zaczynamy od tego jej dołu i pniemy się w górę. Spadamy. Na
początku była miłość. Później jest tylko ślina z ust i moczenie się w łóżku. Ot
dowody namacalne: stoi się w kolejce rodem z prlu w sklepie Biedronka, z
przeżutą miłością między jednym półkrokiem a drugim, między jedną a drugą
kalkulacją wysoce ogłupiających gratisów, między jednym a drugim
spostrzeżeniem, że jedynymi towarzyszami są albo studenci z czteropakami, albo
emeryci z margaryną, czasem jakiś obleśny typ z dwukilogramową paką mrożonych
frytek, albo młode małżeństwo wykładające na taśmę pampersy i butelki
pseudococacoli. Oto się stoi w półgodzinnej kolejce i czasu wcale nie szkoda,
choć jeszcze do warzywniaka i mięsnego trzeba skoczyć, ale to nic, najwyżej w
domu się będzie później. To i zaraz można będzie położyć się spać. A, że dzień
był ciężki, kolejka w Biedronce wyczerpująca, to szybko się zaśnie, nie trzeba
będzie udawać snu nawet. Zresztą, on i tak będzie siedział w wannie niemal
godzinę. Niemal godzinę, tyle, uznaje, potrzeba mi czasu, by móc przekonywująco
zasnąć i nie czuć wyrzutów sumienia. Tu nawet nie chodzi o ten odwieczny temat
łóżkowej oziębłości. My, tak po prostu, boimy się nocy, bo a nuż komuś mocniej
zafaluje pierś z żalu za utraconym życiem, nie, za przemijaniem, za utratą miłości.
Z żalu nad zgnilizną. Bo ja wiem, że on mnie zdradza, on wie, że ja zdradzam jego. Ze swoim ciałem. Nie, to
nie tak. Po prostu zdarza mi się ssać palce jak dziecko, obgryzać paznokcie i
wtulać się w swoje starzejące się ciało. Zdarza mi się wyrywać włosy z głowy i
próbować uchwycić ich zapach. Zdarza się, że ściskam ciało tak mocno, że
zostają siniaki. Odnajduję siebie we własnej cielesności i tęsknię wtedy
najbardziej. On wychodzi rano,
rozrzucając wszędzie skarpetki i swoje płochliwe spojrzenia, że może kiedyś
przesadzę, że się zbuntuję, i zaburzę ten nasz idealny, cichy układ.
To nie jest tak, że nam już w ogóle nie zależy. On kupuje wciąż nowe i droższe perfumy dla kobiet, licząc, że zabije nimi kuszący mnie zapach własnego ciała. Wychodzi do
pracy i zostawia z misją zrobienia czegokolwiek, zajęcia czymś myśli i rąk. Wysyła mnie do sklepu, kina i zoo.
A daje mi niemal godzinę przed snem dla siebie.
On jednak
uznaje, że początek wszechrzeczy musi nosić niezwykłe miano. Zgodne z naturą,
mówi on, i w pełni człowiecze. I tak oto rozpoczyna tę opowieść :
Na początku było pożądanie. Potem świat już tylko dążył do uporządkowania.
Ciało kobiece nie daje nam żadnej opoki. Nic nie możemy na nim zbudować,
wszystko się rozlatuje jak domek z kart. Ot, taka butelka półlitrowej
żołądkowej, na tym można budować i budować. Ideologie całe, przemyślenia,
dotykać innego, delikatnego świata. Świat za mgłą jest bardziej tajemniczy. I
ciało kobiece było za mgłą, do czasu. Stwierdzam to w kolejce do monopolowego,
gdzie towarzyszami studenci kupujący prezerwatywy, panowie z piątakiem, na
tanie owocowe, w drżącym ręku, czasem jakiś szarmancki, elegancki dżentelmen,
albo samotna pani po czterdziestce zadzierająca głowę ku najwyższym półkom z
winami, co by nadać wieczorowi charakter święta. Dzień jak co dzień. Uśmiecham
się do pani. Później kiedy leżę na jej wymiętolonym łóżku marzę tylko o
półlitrowej żołądkowej, bo mnie, nieszczęsna, prześladuje, a pani oddała się
tylko i wyłącznie za wino z najwyższej półki.
Obiecałem sobie kiedyś nie zdradzać żony, ale to było jeszcze wtedy, kiedy był
czas pożądania. Teraz został tylko zwierzęcy odruch ulokowania gdzieś nasienia,
a moja żona nie zasługuje na takie traktowanie. Rozsiewam więc nasienie po
wszelkich polach, jakie napotkam, żeby wyzbyć się wszystkiego i pozostawić
tylko człowieczeństwo. Wrócić, zmyć z siebie obcy zapach długą kąpielą,
pocałować żonę w czubek głowy, udając, że nie widzę, jak udaje sen. Ułożyć się
spokojnie i tak przetrwać do rana, bez ruchu niemal, zużywając jak najmniej z przestrzeni,
z powietrza. Rano widzę swoją połowę łóżka w niemalże nienaruszonym stanie, jej
natomiast, niespokojna, jak jej całe ciało, okaleczone przez nią samą, jakby
nie mogła się pogodzić z faktem, że rozpadamy się z każdą chwilą.
To nie jest tak, że nam już w ogóle nie zależy. Ja udaję, że nie wiem, że
wylewa perfumy ode mnie do klozetu. Ona udaje, że nie widzi prezerwatyw, gotuje
mi obiad i milczy. Stara się nie wkraczać ze swoją depresją w moje objęcia.
Jest dumna z mojej kariery zawodowej i nie sprzeciwia się wyjazdom.
A butelki po wódce tłucze na drobne szkło.
Na początku było nic. Wymyśliliście sobie, ludzie, chorą miłość i chore
pożądanie. Chcieliście dotknąć cośkolwiek Nieba, ale nie dla was Niebo.
Wymyśliliście sobie, ludzie, że możecie się dobierać w pary i stać się sobie
bliscy, ale nie rozumiecie, że nadal jesteście sobie najbardziej obcy. Że tylko
zamykacie samotność w pustych objęciach codziennego życia, szukacie lustra w
oczach człowieka obok, szukacie w nich nadziei na nieśmiertelność. Płodzicie
dzieci, by zostawić choć cząstkę siebie nieśmiertelną. Wchodzicie w relacje,
które nic nie znaczą. Sami sobie jesteście winni, sami stworzyliście Chaos, to
płód wasz, dziecko wasze ukochańsze od ludzkich dzieci. Na początku było nic,
wasze ludzkie nic, bo innych rzeczy nie pojmujecie.
Powiedział Bóg, uśmiechnął się kpiąco i zapalił fajkę siedząc w bujanym fotelu,
który dobrze mu służył w rozmarzaniu się o losach ziemskich marionetek.
Ziewnął, zdjął grube oprawki z oczu, i w grubym notesie Życia postawił ostatnią
dziś kropkę swoim wiecznym piórem.
July 11 2009
Ona 1
Za ostatnie pieniądze kupiłam starą, podniszczoną książkę na Brackiej, i wcale nie rozumiem, dlaczego ją kupiłam. Kartkując ją w tramwaju numer 12, później w drodze przystanek-mieszkanie, następnie na kartonie z kolejnymi książkami, już w nowym mieszkaniu, szukałam sensownego wyjaśnienia. A tu nic, pustka. W końcu zdecydowałam się na jedną tylko wersję zaistniałej sytuacji, wzruszającą i w pełni, mam nadzieję, uzasadnioną. Pomyślałam więc, że książka owa przypomina mi o naszym magicznym, starym mieszkaniu z ciężkimi firankami, kiedy leżałam na brzuchu, naga od góry do pośladków, lat 11 i pół, a plecy mnie piekły od baniek kładzionych dnem do góry, które błyszczały od odbijających się wąskich promieni wschodzącego, zachodzącego, może popołudniowego, nie jestem pewna, słońca- jedynego źródła światła. Co rusz ktoś przykładał mi spoconą rękę do czoła i miałam ochotę krzyczeć, bo mi ta łapa zawężała jeszcze pole widzenia. A pole to było fascynujące; promienie drgały na grzbietach podniszczonej ściany książek, tak, że grube tomy i cienkie tomiki żyły, oddychały, ba, prowadziły ożywione dyskusje. Pan lekarz, lat 43, śmierdział alkoholem i naftaliną, postanowiłam nigdy mu nie wybaczyć, bo kto by chciał z zapachem naftaliny iść do nieba. Sucho mi było nieznośnie w gardle i dudniło w uszach od łomotu skrzydeł much przy pięknym suficie, który zaczął gnić całkiem niedawno wstecz, to zapewne przez tych sąsiadów, którzy zapominali zakręcić kurek w wannie, bo przez całą noc testowali sprężyny w łóżku. Pamiętam jeszcze dwa tylko anioły w moim polu widzenia, jeden z masy solnej, lepiony jeszcze w przedszkolu, odpadło mu już oko i kawałek nosa; karykaturalny anioł, wypisz, wymaluj mój anioł stróż. Drugi natomiast był sprawą zupełnie cielesną, miał lat 15, na imię Bartek i wypisz, wymaluj, mój brat rodzony. Pomyślałam, że zanim umrę, muszę mu powiedzieć, że go, cholera, kocham, i że wcale się nie złoszczę, że oddzielił głowę od tułowia mojego ulubionego miśka, w kolorze brudna zieleń.
Ona 2
Cholerny idiota, pieprzony dureń. Znów ją wystawił do wiatru. A tak się wystroiłam, jak jakaś laleczka się wymalowałam, dałam mu się omamić, trzeba się było zastanowić ostatnio, kiedy stał na progu z tym bukietem żałosnych, wymiętych kwiatków, kupionym od jakiejś, zapewne, ślicznej kwiaciarki, za pół darmo, za pół uśmiechu. Mnie też tym uśmiechem przekupił, tylko tym, i jeszcze tylko dlatego, że dzień był wtedy jakiś natchniony, taki, w którym, wiadomo, musi stać się coś ważnego. Bo niby dlaczego tego dnia rano ubrałam tę cholerną sukienkę do połowy uda, jedną z dwóch w szafie, z takich na specjalną okazję. Wpadł do małego biura podróży, w którym dorabiałam skromnie na studia, wciskając ludziom super oferty, zachwalając wakacje w zawalających się, śmierdzących stęchlizną pensjonatach nad morzem, wpadł z rozwianym włosem półdługim blond, z tym uśmiechem cholernym, i powiedział po prostu, że mam najpiękniejsze uda pod słońcem i że na te wakacje pojedziemy razem i wynajmiemy piękny apartament z widokiem na morze. I nie było już odwrotu. Przez cały pobyt padało nieziemsko, a śmierdzący pensjonat śmierdział tym bardziej. Wolne były natomiast tylko pokoje z jednym zapadającym się łóżkiem, tym lepiej. Tak uważałam wtedy, teraz wyzywałam się od naiwnych gęsi. Ale co tu się spodziewać po nim, przecież wiadomo, że kocha tylko siebie, no i trochę jeszcze tę jego siostrę, która gasi papierosy w kawie (sama widziałam!), i ma gorączkę w oczach. Poza tym, ona żyje tylko jedną nogą i jedną ręką w tym świecie (tą, którą trzyma papierosa), drugą wybudowała sobie trumnę za życia, mogła chociaż, kretynka, solidną wybudować, a nie z pogiętych, pożółkłych kartek i rozpadających się grzbietów książek. No, ale czas pomyśleć o sobie. Zapomnieć o tym okropnym Bartku.
Ona 3
Nie jest dobrze. Starość dopadła ją nagle, z zaskoczenia, wystarczyła chwila nieuwagi, można się było tego domyślić, nie można przecież ciągle czuwać. Piersi obwisłe, pomarańczowa skórka, no i fałdy skóry na brzuchu. To od rodzenia dzieci, trzeba je było rodzić? Później i tak je przecież zostawiła, bo z życia tak łatwo się nie rezygnuje, nie dla dwóch małych podlotków, ciągle głodnych, ciągle brudnych i ciągle zawracających głowę. Nie, ona ma tę głowę na karku, wie, co dla niej dobre. Ale teraz na nic, na nic. Dzieci na szczęście podrosły, z Małą to ma się nawet jako taki kontakt, wpadnie czasem, pomoże posprzątać, z nosem w książce co prawda, ale przynajmniej nie jest się takim samotnym, jak wtedy, kiedy się siedzi samemu. Syn natomiast nigdy się nie pogodził, że ich zostawiła, na ulicy odwróciłby głowę, czasem tylko wyśle wypłowiałą kartkę na Boże Narodzenie, kupioną na stacji benzynowej, w tymże dniu, wysłaną priorytetem i spóźnioną o trzy, cztery dni. Ich ojciec nigdy nie był w moim typie, ot po prostu – postanowiłam sprawdzić, czy mogę być atrakcyjniejsza od tych jego książek, poza którymi świata nie widział, przynajmniej na początku. Później to już tych oczu w kwadratowych, za dużych oprawkach, nie mógł oderwać od moich ud, całkiem to było zabawne. Nie wyszło mu to jednakże chyba na zdrowie, tak się rozmarzył nad tymi udami, że w którymś momencie zapomniał podłożyć stołek pod grube, ważne dupsko któremuś z nadętych szefów, i przepadł. Do końca życia pozostanie na tych swoich książkach i będzie dorabiał pisząc nekrologi w podrzędnej gazecie. No a wracając do syna, ten Bartek, nawet jakbym była teraz umierająca, odwróciłby się tyłem.
On
Umieram. Pan lekarz, lat 53, śmierdzący alkoholem i naftaliną, klepie mnie pokrzepiająco po dłoni. Postanowiłem nigdy mu nie wybaczyć, bo śmierć nie powinna pachnieć naftaliną, to zupełnie nie na miejscu. Chcę, żeby mnie przestał już klepać, i się zamknął, a nie opowiadał, że młody jestem, nie zdążyłem nagrzeszyć, do nieba pójdę. Nie chcę do nieba, niebo musi być nudne, Bóg pewnie nie pozwala pić wódki i mieć wielu kobiet. Chociaż pociesza mnie myśl o tych liściach przykrywających tu i ówdzie ciała kobiece, łatwo można by podpatrzeć tu i tam, a i nie ma takich problemów jak tutaj, bo kobiety w tych czasach wiążą te gorsety, tajemnicy im się zachciewa, odkrywania. Uśmiecham się więc pod nosem, a lekarz prawie mdleje, myśli pewnie, że zwariowałem, albo za dużo dziś wypił i mu lekko niedobrze. Wychodzę więc szybko, bez słowa, wcale mi się nie widzi ratować lekarza metodą usta-usta, jeszcze by mi umarł na rękach, wtedy śmierć pachniałaby naftaliną po dwakroć. Przesrane. Pierwsze, na co mam ochotę, to zadzwonić do siostry, trochę jednak boję się jej reakcji. To ona zawsze była tą słabszą, którą trzeba było się opiekować, to ona zawsze leżała brzuchem do dołu, z źle zrobionymi bańkami na plecach i majakami w oczach, w tym strasznym, zapadającym się mieszkaniu, bo na lepsze nie było tatę stać. To ona jest zawsze umierająca, nie on, nie poradzi sobie z odwróceniem ról, nigdy nie była w tym dobra. Jak już uwierzyła, że jest pacjentem w naszym wyimaginowanym szpitalu, lat 10 temu, to już nigdy nie chciała być lekarzem. Mówiła coś o spoconych rękach. I smrodzie. Zadzwonić by może do Majki, ostatnio kobiety jego życia, dla niej nawet zaczął walczyć ze swoją naturą zdobywcy (jakże można zabijać w sobie niezwykły dar bycia zdobywcą?), myślał nawet, że ją kocha. W końcu zawsze mu wybaczała, no i te jej uda. Ale nie. Taty też nie ma co martwić, załamałby się, że mu przyjdzie dla własnego syna nekrolog pisać. Ma tyle na głowie, biedaczek, siwieje.
-Mamo?
-…
-Ja to cię jednak okropnie
kocham.
-Wiem, Synku, mam tu te wszystkie
kartki świąteczne, tu, na piersi,
ręka musiała ci drżeć
okropnie, kiedy je pisałeś.
May 18 2009
Będzie burza. Lila siedzi na betonowych schodach klatki jej bloku. Czasem wstaje, poprawia fałdy spódniczki do połowy uda, siada. Oczy ma rozbiegane, jak w szaleństwie, ruchy niecierpliwe i powtarzalne – co raz podnosi lusterko do twarzy, całe już z odcisków jej palców. Widzę ją z okna, i tylko ja wiem, że wcale nie jest niecierpliwa. Oczekuje zupełnie cierpliwie, spokojnie, jak na coś, co musi nadejść. Ma czas – jego jeszcze długo nie będzie, albo nie będzie go wcale.
Co rusz jakiś przechodzień spogląda w jej stronę z zainteresowaniem, i nic więcej, a ona jest dumna cała i usta robi w dziub. Można by się więc domyślać, że Lila jest piękna.
Lila nie jest piękna. Ma wiecznie zdziwione, niecierpliwe oczy i trochę za szerokie biodra. W sam raz do rodzenia dzieci. Lila nie jest w sam raz do rodzenia dzieci, nie jest nawet ani trochę. Zrozumiałem to dużo za późno, kiedy uczyłem się żyć bez niej. Kiedy miłość do niej była największa i najbardziej bezsensowna. Lila nie wie, co to jest dawać, a ja powinienem się tego domyśleć od razu, po wyrazie jej oczu.
Jakiś przechodzień w końcu ją zaczepia, i mówi, jestem pewien, że nie dość, że pali, to jeszcze śmieci. Wiem to, bo ona się zawstydza – rzuca przecież panu znienawidzone spojrzenie, odwraca się i wchodzi do klatki. Nie muszę czekać długo, by zobaczyć jak wychyla najpierw głowę z długimi, puszczonymi luźno, brąz włosami, później resztę ciała. Zgarnia pety do ogródka sąsiadki. Zapala kolejnego papierosa.
To mi przypomina lato, jedno z piękniejszych, kiedy miasto śmierdziało przeludnieniem i krzywymi chodnikami, a ona mówiła, że mnie kocha. I powtarzała to w tym jej małym, ciasnym pokoiku z pozasuwanymi żaluzjami, kiedy kochała się cicho i szybko. Za szybko. Musiałem wyjść przed jego powrotem, opuścić ten jej mały, zielony pokoik, pokoik w kolorze nadziei. Pełen ładnych, drogich przedmiotów. Lila miała uwielbienie do ładnych przedmiotów, wydawała fortuny na pudełeczka w kolorze ścian, lampy wszelkiej maści (stały tam takie puste, bez żarówek, bezużyteczne), stojaki na świeczki i butelki z winem, dywaniki i wiszące dzwoneczki. Ciężko mi było wygospodarować przestrzeń dla swojego oddechu.
Myślę, że Lila wierzyła, że jest prawdziwą księżniczką. Stwarzała więc namiastki luksusu. Roztaczała wokół siebie pozór szczęścia. Dostatku.
Lila kocha burzę. Jakby tylko burza potrafiła spełnić jej marzenia. Jakby mogła wessać wszystkich i zostawić tylko ją, całkiem nagą, i nikogo więcej. Jakby tak mogła zabrać jego, najbardziej znienawidzoną osobę jej życia. Byłaby wolna. Wolna od oczekiwania. Lila śpi nago i w snach jest naga. Stąd wiem, jakie ma marzenia.
O mnie zaś nigdy nie myślała podczas burzy. Kiedyś pragnąłem, by to mnie nienawidziła, znaczyłoby to, że nie jestem obojętny. Znaczyłoby to, że czuje cokolwiek.
Lila jest całkiem pusta w środku. On spenetrował ją całą i wydrążył w niej tę wielką dziurę. Myślę, że to było jeszcze wtedy, kiedy malowała paznokcie każdy na inny kolor, i kiedy bawiliśmy się w chowanego z innymi dziećmi, a ja marzyłem tylko, żeby dotknąć tego małego wybrzuszenia na jej piersi. Znała tę moją słabość, dlatego pochylała się z całą tą jej piegowatą buzią i ze zdziwionymi oczami, by zaraz szybko odwrócić twarz i zanieść się niewinnym śmiechem.
Myślę, że to było już wtedy. Później, kiedy liczyłem siniaki na jej skórze, zastanawiałem się, czy to ta pustka nie boli najbardziej.
Lila czasem miewała przebłyski trzeźwości. Zupełnie poważnie błagała mnie wtedy, bym już nigdy nie pozwolił jej oczekiwać, bym zabrał ją jak najdalej stąd. Pakowała walizki szybko i zdecydowanie, śmiała się głośno i szczerze. I planowała. Pozwalała mi na bycie szczęśliwym i w tych momentach byłem szczęśliwy naprawdę. Z czasem udało mi się nauczyć ukrywać rozczarowanie, gdy zbliżała się pora jego powrotu, a ona pchała walizki do szafy i przykrywała grubą warstwą ubrań. Gdy rozpuszczała włosy i pudrowała buzię dla niego. Nauczyłem się znikać z jej życia w odpowiednich momentach. Inaczej nie byłoby mnie w nim w ogóle.
Moja mama nigdy jej nie lubiła. Lila jako dziecko biła inne dziewczynki z milczącą zawziętością i wdrapywała się na drzewa najwyżej z nas, chłopców. Nie bała się bólu. Mama nie uważała jej więc za zupełnie normalną.
Teraz chciałaby, żebym sobie kogoś znalazł. Żebym się ożenił, być może. A ja nie znam żadnej kobiety, która miałaby prawdziwe oczy. Nie takie bez wyrazu. Oprócz Niej.
Ale to, że stoję codziennie przy oknie, to dlatego, że lubię stać codziennie przy oknie. Po pracy, z filiżanką herbaty. Czasem czegoś mocniejszego. Przecież z tej odległości nie widzę nawet jej oczu. Poza tym, robi się już ciemno.
Będzie burza.
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...


